Wyprawa - Luty 2004
Wielu ludzi ma swoje
pasje i marzenia do zrealizowania.
Morąg miasto 15-tys. mieszkańców, wielu młodych ludzi w moim wieku i wiele marzeń do zrealizowania. Mnóstwo
zainteresowań i pasji życiowych drzemiących
w nastolatkach. Ktoś pomyślał małe miasto na północy Polski a w nim
chłopak który chce wybrać się na najwyższą górę świata poza Azją, Aconcague,
przecież to szaleństwo!
Przygotowania do wyprawy..
Po przyjeździe z Kaukazu
postanowiłem przygotować się do następnej wyprawy, chcąc przebywać na
wysokościach 7000 tys. metrów trzeba mieć bardzo dobrze wytrenowany organizm.
Ja trenowałem biegając przez
5-6 dni w tygodniu , chodząc na siłownię, trenowałem z obciążeniami wchodząc po
wysokich schodach, w grudniu poznałem partnera który miał takie same plany jak
Ja zdobyć solo Aconcaguę więc czemu by
nie połączyć sił.
Jak widać nie. Dzięki
uporowi i pomocy Lokalnych Firm oraz miasta działania jak moje i im podobne
mogą stać się rzeczywistością a nie
pozostawać na zawsze w sferze marzeń.
Moje przygody ze wspinaczką
i górami zaczęły się 4 lata temu.
Poczynając od Beskidów po Tatry. Rok 2003 był przełomowy . Zacząłem patrzeć
poważnie w stronę gór wysokich.
W czerwcu pojechałem na
Kaukaz, gdzie z powodzeniem wszedłem na najwyższą górę Europy Elbrus 5672
m.n.p.m.
Był to sprawdzian
możliwości, czy potrafię podołać tak znacznym wysokościom. Po powrocie już
myślałem o czymś większym, wybór padł na Aconcague 6962 m.n.p.m.
Zdecydowałem się w grudniu-
lecz cały wyjazd stał pod znakiem zapytania- pieniądze i zdrowie, chorowałem
przez 3 tyg, aż do sylwestra.
Gdy już odzyskałem siły
udałem się do Burmistrza Morąga ze swym projektem, potem do lokalnych firm
(Paged Sklejka).
W przeciągu 2 tyg. Miałem
dograne sprawy finansowe i kupiony bilet Warszawa Mediolan- Buenos Aires-
Mediolan Warszawa. Zostały już tylko sprawy organizacyjne i kontakt z moim
partnerem który wyjeżdżał 4 dni
wcześniej do Chile, mieliśmy się spotkać
po 8 dniach w Mendozie, gdzie mieliśmy kupić pozwolenia na wspinaczkę.
Ale może od początku
26 styczeń
Warszawa. Lotnisko Okęcie
- wylot o godz. 17.00. Tu poznaje osoby
które w późniejszym etapach wyprawy odegrają ważną rolę. Jest to czwórka
studentów z Warszawy i dwóch Członków
Klubu Wysokogórskiego z Łodzi.
27 styczeń
Buenos Aires wita nas
wspaniała upalną pogodą. Miejscowi taksówkarze na lotnisku biją się o klientów,
my wybieramy transport miejski i płacimy 20 razy mniej niż za taksówkę.
Docieramy po dwóch przesiadkach na dworzec autobusowy, gdzie za 70 $ (peso )
kupujemy bilet do Mendozy. Autobusy które kursują na długich trasach w
Argentynie są bardzo przestronne i wygodne z pełną klimatyzacją, bardzo często
w koszt biletu wliczony jest posiłek w restauracji w połowie drogi.
Drogę do Mendozy spędzam na
rozmowach z Julio Peruwiańczykiem, który studiuje literaturę i podróżuje po
Ameryce Południowej, zbiera materiały do swojej pracy.
28 styczeń
W Mendozie jesteśmy o 7.00
rano. Staramy się zebrać pożyteczne informacje o mieście liczącym bez mała 1mln
400 tys. mieszkańców. Udaje się namierzyć Hotel Campo Base z bardzo miła
obsługą, co ważne mówiącą po angielsku! Większość klientów tego hotelu to
ludzie z najróżniejszych stron świata, podróżnicy, wspinacze, jak i zwykli
turyści. Należy on do sieci na które można nabyć kartę i potem korzystać ze
zniżek nawet do 50 %, sieć jest w całej Ameryce Południowej.
Decydujemy się zostawić
bagaże i udać się ze sprzętem do oddalonego o 120 km Vallesitos, Łodzianie
spędzą tam 6 dni, Ja tylko 2 bo będę musiał wrócić do Mendozy po partnera.
Pod wieczór wynajmujemy busa
i wyjeżdżamy w góry, po dotarciu okazuje się że Wojtek nie zakręcił dokładnie
kurka od paliwa do gotowania i mam teraz jakieś 2 litry benzyny w plecaku.
Ciężki orzech do zgryzienia bo dużo rzeczy przeszło mi zapachem, choć kilka
miałem popakowane w worki. Jestem trochę zdenerwowany bo czeka mnie kilkurazowe
pranie wszystkiego wraz z płukaniem.
29 styczeń
Początek dnia nie najlepszy,
pada, moje ubrania susza się pod zadaszeniem, a Ja siedzę w namiocie.
Przyjechałem do Vallesitos aby się zaaklimatyzować, więc nakładam na siebie to
co mam jeszcze suche i wychodzę w góry, łodzianie szykują się także. Wychodzimy
w deszczu i we mgle, mając nadzieję, że chmury osiadły nisko. Przedzieramy się
do góry, na 4000 tys. m jest już dużo lepiej, przestało padać, podchodzimy
jeszcze 500 metrów. Siedzimy na górze koło godziny, wracając spostrzegamy
andyjskiego pasterza, który poganiał muły, jeden chciał mu uciec biegając w
górę i w dół zboczy, poganiacz starając się zagonić zwierzę biegał tak szybko
jak na przyśpieszonym filmie.
30 styczeń
Pobudka z nadzieją na lepszą
pogodę, po wychyleniu się z namiotu entuzjazm mija, znów mgła i siąpi deszcz.
No nic ubieram się i wychodzę w góry
tym razem sam. Plan jest taki aby dojść znów na 4500 metrów i trochę
posiedzieć, nie ma sensu wyżej się pchać bo jutro musze już wracać do Mendozy,
droga do najbliższej ulicy prowadzi przez góry i trzeba zejść do 700 metrów
n.p.m., ładnych parę godzin. Przy namiotach spotykam dwójkę Słowaków którzy też
chcą się dostać do Mendozy. Dzielimy się kosztami za auto 100$ na trzech. Po
godz.19.00 jestem już w słonecznej Mendozie.
Miasto jest bardzo piękne.
Władze miasta postanowiły, że będą nawadniały wszystkie drzewa w mieście, które są położone w najsuchszym rejonie
Argentyny a zarazem jest to najbardziej zielone miasto.
31 styczeń
Mam jeszcze jeden dzień
przed przyjazdem Sławka. Poszedłem do pralni wyprać po raz enty rzeczy zalane
benzyną, wyszedłem na dach Hotelu i rozbiłem namiot , który teraz dopiero
zaczął schnąć po deszczu w Vallesitos. Jeszcze wyjście do miasta i przegląd terenu jeśli chodzi o butle z
gazem. Po tym wszystkim syta kolacja własnej roboty. Jedzenie w Argentynie polecałbym kupować samemu jeśli ma się
gdzie przyrządzić danie, restauracje są tanie lecz produkty są o wiele tańsze.
1 luty
Godz. 5.30 pobudka i musze
odebrać Sławka z dworca. Jakimś dziwnym trafem rozmijamy się na ogromnym dworcu
PKS w Mendozie. Plan B zakładał, że spotkamy się w Parku San Martin gdzie
wydawane są pozwolenia na wspinaczkę. Udałem się do parku i po godz.
oczekiwania już razem kupowaliśmy pozwolenie.
Potem do Hotelu, zakupy
jedzenia i gazu w góry. Sławek poszedł spać o 22.00 a Ja pakowałem cały sprzęt
do 02.00. a tu trzeba wstać o 04.00, ponieważ autobus odchodzi o 05.00 do Punta
del Inca.
2 luty
Siedzimy w zatłoczonym
autobusie z tubylcami innymi turystami udającymi się w okolice Punta del Inca.
Jedziemy około 4 godz. Potem odbiera nas szef firmy mularskiej, u której
zamówiliśmy transport do Plaza de Argentina. Zostawiamy bagaż na muła i depozyt
(niepotrzebne rzeczy które możesz zostawić w firmie na czas wyprawy).
Godz. 11.00 koniec
cywilizacji stoimy u wejścia do doliny .......... czeka nas dziś długa droga w
stronę bazy. Postanawiamy przejść etap 2 dniowy w jeden dzień. Ze względu na
późną porę wymarszu i ciężar w plecaku musimy się sprężyć. Dochodzimy do Pampa
Lenias , krótki posiłek i dalej w drogę która jest bardzo kamienista, mnóstwo
piasku, który wieje prosto w twarz do tego straszne słońce.
Do Casa de Piedra naszego
obozu na nocleg dochodzimy dopiero około 22.00 zmęczeni i zziębnięci
rozstawiamy namiot i szykujemy cos gorącego do jedzenia.
Noc jest bardzo zimna co
dziwi bo jesteśmy dopiero na 3200 m.n.p.m..
Tu spotykamy po raz pierwszy
wyprawę komercyjną Ryszarda Pawłowskiego w składzie 8 osób.
3 luty
Budzi nas piękne słońce, po
wyjściu z namiotu nie widzę nikogo,
znak że dłużej niż normalnie spaliśmy. Szybka toaleta i składanie namiotu i już
przeprawiamy się przez rzekę, woda zimna koszmarnie aż wykręca całe ciało o
nogach nie wspomnę. Droga drugiego dnia jest bardziej interesująca, krajobraz
częściej ulega zmianie, po kilku godz. marszu widać już dobrze cel naszej
wspinaczki Aconcague. Teraz idzie mi się o wiele lepiej, góra jest naprawdę
potężna, wydawałoby się że jest na wyciągnięcie ręki a Ja mam jeszcze do niej
kilkadziesiąt kilometrów.
W bazie byłem po 17.00, Na
platformie którą ktoś zbudował przede mną rozstawiłem namiot. Platformy są
bardzo przydatne bo można się osłonic od wiatru i jest gdzie dowiązać odciągi
od namiotu, bo śledzie i igły są raczej zbędne w tym rejonie Andów.
4 luty
Rano budzimy się w pięknym
słońcu, decydujemy się na wyniesienie depozytu do obozu pierwszego na 5000
metrów. Zaczynamy się pakować, zabieramy zapasy jedzenia i to co przyda się nam
już na górze, raki, czekan, skorupy, kilka sztuk gazu. Droga prowadzi cały czas
przez morenę czoła lodowca pokrytą cienką warstwą piargów. Od czasu do czasu
przechodzimy obok wytopionych w lodowcu jeziorkach, świeżo zarwanych
fragmentach lodowca, trzeba uważać bo ze wszystkich stron się sypie.
Zaczynają się drobne
problemy z aklimatyzacją, wysokość daje znać o sobie. Dochodzę do jedynki już z
bólem głowy.
Obóz pierwszy niczym się nie
wyróżnia poza kilkoma platformami na namioty. Jest mało osób chyba 3 namioty,
możemy spokojnie zająć odpowiadające nam miejsce. Jest tak przyjęte że jeśli
ktoś położy swój bagaż na wolnym miejscu to uważa się je za zajęte, sprzęt tak
pozostawiony jest zupełnie bezpieczny, nie słyszałem o kradzieżach nawet jak pakunki
leżały parę dni.
Zostajemy w dwójce koło 30
min i szybko schodzimy do bazy.
Po zejściu wszystko wraca do
normy, czujemy się dobrze i sen tej nocy jest bardzo dobry.
5 luty
Chyba mamy szczęście do
pogody bo kolejny słoneczny i ciepły dzień nas czeka. Ja zakładam odpoczynek w
bazie, Sławek postanowił że idzie już dziś do góry prześpi się w namiocie dwóch Polaków Pawła i Marcina, których
spotkałem już na Okęciu i okazało się że idą tą samą drogą co my.
W dniu odpoczynku poznaję
Frodo ( jak ten z władcy pierścienia ) dobry wspinacz, rok temu próbował
południową ścianę Acocagui. musiał zrezygnować 300 metrów przed szczytem. teraz
zszedł z jedynki bo ma poważne zapalenia gardła i brakuje mu leków, nie myśląc
wiele oddaję mu swoją apteczkę w której mam mnóstwo leków od zapalenia gardła
dzięki uprzejmości Apteki pana Ruhaja.
6 luty
Dziś czas na mnie, trzeba
iść do góry. Powiedziałem że pomogę Frodo i zaniosę mu kamerę i Aparat do
jedynki, bo on jest jeszcze bardzo słaby a ja czuję się wyśmienicie.
Do tego jeszcze sławek ma
wrócić bez plecaka, a przy drugim transporcie użyje mojego ( zabrałem dwa )
ambitnie postanowiłem, że obrócę tego
dnia dwa razy.
Idzie mi się bardzo dobrze w
jedynce nie zastałem Sławka , pomyślałem że poszedł już wyżej, schodzę coś zjeść
i zrobić drugi kurs z depozytem.
Wracam i widzę Jak Frodo
idzie, jest słaby i czuje się nie najlepiej, ale powinien dojść ma już za sobą
połowę drogi.
W namiocie chwile odpoczywam
i pakuje plecak ponownie. Idąc do góry spotykam Sławka który jest jakiś zły a
ja widząc go też nie mam najlepszej miny bo Sławek zabrał swój plecak i ja
zostałem z dwoma na dole ( teraz mam plecak Norwega )
Na dokładkę dowiaduję się,
że połamał jeden palnik, ale nic trzeba do góry przed zmrokiem, przed jedynką
doganiam jeszcze znajomego ze Skandynawii, zostawiam sprzęt i schodzę do bazy.
Wieczorem dowiadujemy się że
czas dobrej pogody dobiega końca, a na jutro wieczór szykuje się poważne
załamanie.
Decydujemy się wyjść jutro z
rano do jedynki i tam przeczekać burzę.
7 luty
Ranek, my już się powoli
pakujemy, widzę większy ruch w bazie chyba więcej osób postanawia przeczekać
czas gorszej pogody w jedynce.
Idziemy obłożeni. Ja mam dwa
plecaki, zajmuje nam to więcej niż normalnie, ale poszło rozstawiamy namiot
przywiązujemy go dokładnie na wypadek nadchodzącej burzy.
Długo czekać nie musieliśmy
po godz. 18.00 zaczęły nadciągać chmury a około 20.00 już strasznie wiało i
sypało śniegiem. Noc była mało komfortowa, wiatr wybudzał co chwile, mieliśmy
wrażenie że namiot chce się poderwać do lotu. Zapobiegawczo obłożyliśmy go
olbrzymimi kamieniami. Ciężko jest zasnąć jak z każdej strony wiatr trzepocze
ścianami namiotu tak ze własnych myśli nie słychać.
8 luty
Po rozsunięciu suwaków
namiotu świat wyglądał inaczej biało dookoła i gdzie okiem sięgnąć. Pocieszamy się że wiatr rozwiał już
chmury i trochę się wypogadza, mamy nadzieję ze przewieje też śnieg ze stoków.
Wegetujemy w namiotach i czekamy na poprawę warunków.
Tak to już jest w wysokich
górach szczególnie na Aconcagui, gdzie warunki techniczne nie są trudne lecz
klimatyczne bardzo ciężkie i nieprzewidywalne zarazem. Tak więc góra może
pozwolić wejść nowicjuszowi tak jak potrafi zatrzymać największe sławy światowego alpinizmu.
Uczymy się pokory i
cierpliwości obcując z takimi gigantami.
9 luty
Z takimi gigantami człowiek
uczy się pokory .
Po burzy czekamy dzień cały
na wypogodzenie, wiatr nie ustaje, może i dobrze bo przewieje śnieg z
przełęczy, siedząc w namiocie czytam paragraf 22 i poprawia mi się humor. Po południu, postanawiam odbyć
kąpiel w strumieniu na 5000 tys. metrów pomiędzy penitentami. Na początku szok termiczny a potem ulga . Pod wieczór
pogoda się ustabilizowała i można mieć nadzieje na wyjście do dwójki z
depozytem.
10 luty
Dziś wychodzimy do 2
ki, pogoda dopisuje, trochę przeciągamy
wyjście i startujemy koło 12.30... droga nie jest trudna technicznie, idzie się
zakosami, najpierw długimi potem im jest bardziej stromo zakosy są krótkie i
częstsze.
Dochodząc zastaje nas śnieg
po kolana, a czasem po pas. Namiotów nie ma dużo więc można jeszcze wybrać
miejsce pod swój domek. Zostawiamy depozyt w jednej z platform.
Teraz idę do Norwegów,
którzy mają zamiar jutro atakować. Peter i Sindre siedzą leniwie w namiocie już
2 dzień mówią aby za długo nie przebywać w 2 na 6000tys, bo tylko niepotrzebnie
się wypala człowiek nie regenerując się wcale.
Czekam u nich w namiocie na
Sławka i Froda.
Obóz drugi ma to do siebie ze jest w nim już cholernie
zimno, wody prawie nie ma wytapiającej się z lodowca bo błyskawicznie zamarza,
trzeba topić śnieg i lód.
dochodzą chłopacy, siedzimy
jeszcze może około godz. i po 18.00 schodzimy do pierwszego obozu. Zejście jest
bardzo szybkie i zajmuje nam 50 min. trzeba uważać bo schodzi się inna drogą
bardziej stromą przez penitenty, prosto w dół.
11 luty
Robię sobie dzień testu,
Sławek wychodzi do góry, ale nie dochodzi do dwójki zostawia depozyt na
przełęczy i wraca po kilku godzinach. Dochodzą nas słuchy ze zostało najwyżej 2
- 3 dni możliwej pogody, wietrznej, ale bez opadów, bo nadciąga podobno
załamanie pogody i front burzowy z nad Atlantyku.
Frodo ma kontakt przez tel.
satelitarny ze znajomymi w Bostonie, którzy mają znajomych w US Army , tamci
zaś mają najlepsze dane odnośnie pogody z każdego zakątka globu.
Czekamy na potwierdzenie do jutra
rana i jak okaże się prawdziwe to wyruszany
jutro.
12 luty
cos mi się knocą dni bo mam jeden dzień do
przodu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Szum w obozie dużo ludzi
słyszało o pogorszeniu pogody które ma nadejść lada chwila.
My czekamy jeszcze na
decyzję Froda i tel z Bostonu. Już wszystko wiadomo teraz albo nie wiadomo
kiedy.
Szybkie pakowanie całego
sprzętu, zwijanie namiotu, chłopacy chcą spać w moim namiocie, a swój zostawić
w jedynce. Jakoś poszło i już idziemy
do góry pogoda zaczyna się psuć i po 2 godz. marszu idziemy w padającym śniegu
i porywistym wietrze. JA idę przodem za nami Marcin i Frodo. dochodzimy koło
20.00 jest przeraźliwie zimno , są problemy z rozstawieniem namiotu, nie
czujemy rąk. Namiot rozstawiony wchodzimy do środka aby się ogrzać dochodzi
Frodo i siedzimy we czwórkę jak krewetki w puszce, przez 2 godz. rozgrzewamy
ręce, bolą dobry znak .
W nocy mamy wyjść na atak
szczytowy, teraz gotowanie wody i
czegoś do jedzenia dalej ciśniemy się wszyscy w namiocie, bo Frodo postanowił
gotować u nas zamiast u siebie choć ma namiot wolny ( trochę przesadza Kolo ) humory nam dopisują tylko Frodo jest
jakiś zdenerwowany i mówi że zamiast się śmiać powinniśmy się pakować do
wyjścia.
5.30 rano wychodzimy, za
nami chłopacy na lodowiec Polaków.
Ku mojemu zaskoczeniu pogoda
jest dość dobra , jest ciepło i pochmurno, ale ciepło to jest najważniejsze o
tej porze dnia.
Słaba widoczność daje znać
na samym początku, trawers cały zasypany i nie widać drogi, błądzimy w
ciemnościach, rozdzielamy się z Frodem aby szukać trawersu. Ja idę górą
wchodząc pod grań na pola lodowe jest tam dość stromo i niebezpiecznie więc
szybko się wycofuje w dół. Po dwóch godzinach błądzenia trafiamy na drogę.
Jesteśmy mocno zmęczeni bo nikt po burzy nie przecierał, drogi śniegu jest
czasami po pas. mocno zmęczeni po 4 godzinach harówki rezygnujemy. Dziś się nie
uda, może jutro.
Po powrocie do namiotu czuje
się całkowicie wypompowany śpię chyba 4 godz.
12 luty c.d.
Gdy już trochę doszedłem do siebie poszedłem
zobaczyć jak radzą sobie chłopaki na Lodowcu Polaków. Nie wyglądało to za
dobrze bo powinni byli być dużo wyżej o tej porze. Ale nic pewnie wiedzą co
robią - pomyślałem i poszedłem
odpoczywać do namiotu.
Po południu gdy wyszedłem z
Namiotu to zobaczyłem ich jeszcze niżej ale nadal wspinających się pod górę.
Było wiadomo, że spadli lub
zeszli ( ale po co mieliby schodzić tak nisko i potem się wspinać te samą drogą
)
Kilka godzin wcześniej byli
w dwójce ratownicy i zabierali 4 ciała niemieckich wspinaczy którzy zginęli
kilka dni temu.
Postanowiłem dogonić
ratowników, aby pomogli mi wyciągnąć chłopaków z opresji. Zbiegłem 1800 metrów
w dół bez odzewu u ratowników, byli za bardzo zmęczeni. Zorganizowałem jednego
człowieka z radiostacją i poszliśmy znów tym razem 1800 metrów przewyższenia do
obozu drugiego. Zaszliśmy chyba o 23.00 i nic nie było wiadomo o chłopakach.
Zacząłem się martwić bo wiedziałem że noc na w okolicach 7000 tys. nie należy
do przyjemnych szczególnie jak się niema namiotu, śpiwora ani nawet folii NRC.
Postanowiliśmy wyjść
wcześnie rano na poszukiwania chłopaków, ale najpierw musieliśmy nagotować
sporo wody przez noc.
13 luty
Wstaliśmy wcześnie rano 5.30
wiatr wiał bardzo mocno i nie było mowy o jakiejkolwiek akcji ratunkowej.
Miałem tylko nadzieje że chłopcy nie są narażeni na wiatr, tylko mają jakieś
schronienie np. szczelinę. Czekaliśmy tak do 9.30, aż przez radiostację nadał
przewodnik, że jest przy dwóch Polakach i że potrzebują pomocy. Powiedział
gdzie są i zostawił sprawę nam.
Argentyńczyk zszedł Do
jedynki ja poszedłem do chłopaków z ciepłym piciem i czymś energetycznym. O
godz. 15.30 ich znalazłem a o 18.30 byliśmy już w dwójce. Skarżyli się na
odmrożenia po nocy w szczelinie przy 40
stopniowym mrozie. Zeszli tego samego dnia do jedynki a następnego zostali
przewiezieni helikopterem do Mendozy i tyle ich widziałem.
Byłem trochę zmęczony ale
postanowiłem spróbować zaatakować szczyt rano.
14 luty
Wychodzę o godz. 7.00, jak
wstanie słońce jest trochę cieplej, ale mniej czasu zostaje do marszu na szczyt bo pogoda z reguły psuje się późnym
popołudniem. Na początku było ciężko się zebrać w sobie ale jakoś pękło i po 3
godz. szło mi już całkiem dobrze, w połowie drogi przy independencji było już
trochę gorzej. Wiatr przybrał na sile i prawie przewracał trzeba było iść mocno
pochylonym do przodu.
Wszyscy mówili że trawers po
independencji a przed Canaletą jest zabójczy mieli rację.
Po dwóch godzinach miałem
trawers za sobą. Pokonałem Canalette gdzie szło się dość dobrze bo było dużo
dobrze zmrożonego śniegu.
O godz. 14.30 stanąłem na
szczycie. Było słońce lecz od wschodu szły ciemne chmury. 15 min na szczycie i
zejście już w fatalnej pogodzie. Po 2,5 godz. jestem w dwójce , pakuję namiot i
schodzę do jedynki, gdzie jestem o 23.00 zmęczony jak nigdy, ale bezpieczny.
15 luty
Spałem chyba do 10.00 . Bolą
mnie mięśnie i nie wiem sam co jeszcze. Po śniadaniu pakuje manele i schodzę do
bazy (Plaza Argentina ). Tam rozstawiam namiot i idę na badania lekarskie.
Potem odsypiam cały dzień bo jutro czeka mnie 60 km ostrego trekingu z 35-40 kg
na plecach.
16 25 luty
Po dotarciu do Penitentes
na stopa i złapaniu autobusu do
Mendozy, melduje się w Hotelu o 22.00 cały i zdrowy! Poznaje tam dwie
Brazylijki Maya i Licia, które będą moimi towarzyszkami przez 8 dni podczas
zwiedzania Argentyny ich własnym samochodem.
Byłem jeszcze w
Cordobie i Buenos Aires po kilka dni i
zauroczyła mnie mentalność ludzi w Ameryce Południowej, która mam nadzieje
będzie celem mojej podróży jeszcze nie raz.