Strona Główna
Informator
Położenie
Dojazd
Historia
Turystyka
Noclegi
Rozrywka
Firmy
Galeria
Telefony
Ogłoszenia
Przetargi
Księga Gości
Linki
k



Zdjęcia z wyprawy:

Zdjęcie 1

Zdjęcie 2

Zdjęcie 3

Zdjęcie 4

Zdjęcie 5

Zdjęcie 6

Zdjęcie 7

Zdjęcie 8

Zdjęcie 9

Zdjęcie 10

Zdjęcie 11















































































































































































































































































































Fragmenty Pamiętnika Pawła Witkowskiego z wyprawy wysokogórskiej - Aconcagua 2004
 
 

Wyprawa - Luty 2004


Witkowski

 

 

Wielu ludzi ma swoje pasje  i marzenia do zrealizowania. Morąg miasto 15-tys. mieszkańców, wielu młodych ludzi w moim wieku i  wiele marzeń do zrealizowania. Mnóstwo zainteresowań i pasji życiowych drzemiących  w nastolatkach. Ktoś pomyślał małe miasto na północy Polski a w nim chłopak który chce wybrać się na najwyższą górę świata poza Azją, Aconcague, przecież to szaleństwo!

 

Przygotowania  do wyprawy..

 

Po przyjeździe z Kaukazu postanowiłem przygotować się do następnej wyprawy, chcąc przebywać na wysokościach 7000 tys. metrów trzeba mieć bardzo dobrze wytrenowany organizm.

Ja trenowałem biegając przez 5-6 dni w tygodniu , chodząc na siłownię, trenowałem z obciążeniami wchodząc po wysokich schodach, w grudniu poznałem partnera który miał takie same plany jak Ja – zdobyć solo Aconcaguę – więc czemu by  nie połączyć sił.

  

Jak widać nie. Dzięki uporowi i pomocy Lokalnych Firm oraz miasta działania jak moje i im podobne mogą stać się rzeczywistością  a nie pozostawać na zawsze w sferze marzeń.

 

Moje przygody ze wspinaczką i górami  zaczęły się 4 lata temu. Poczynając od Beskidów po Tatry. Rok 2003 był przełomowy . Zacząłem patrzeć poważnie w stronę gór wysokich.

W czerwcu pojechałem na Kaukaz, gdzie z powodzeniem wszedłem na najwyższą górę Europy – Elbrus 5672 m.n.p.m.

Był to sprawdzian możliwości, czy potrafię podołać tak znacznym wysokościom. Po powrocie już myślałem o czymś większym, wybór padł na Aconcague 6962 m.n.p.m.

Zdecydowałem się w grudniu- lecz cały wyjazd stał pod znakiem zapytania- pieniądze i zdrowie, chorowałem przez 3 tyg, aż do sylwestra.

Gdy już odzyskałem siły udałem się do Burmistrza Morąga ze swym projektem, potem do lokalnych firm (Paged Sklejka).

W przeciągu 2 tyg. Miałem dograne sprawy finansowe i kupiony bilet Warszawa – Mediolan- Buenos Aires- Mediolan – Warszawa. Zostały już tylko sprawy organizacyjne i kontakt z moim partnerem który wyjeżdżał  4 dni wcześniej  do Chile, mieliśmy się spotkać po 8 dniach w Mendozie, gdzie mieliśmy kupić pozwolenia  na wspinaczkę.

 

Ale może od początku

 

26 styczeń

Warszawa. Lotnisko Okęcie -  wylot o godz. 17.00. Tu poznaje osoby które w późniejszym etapach wyprawy odegrają ważną rolę. Jest to czwórka studentów z Warszawy  i dwóch Członków Klubu Wysokogórskiego z Łodzi.

 

27 styczeń

Buenos Aires wita nas wspaniała upalną pogodą. Miejscowi taksówkarze na lotnisku biją się o klientów, my wybieramy transport miejski i płacimy 20 razy mniej niż za taksówkę. Docieramy po dwóch przesiadkach na dworzec autobusowy, gdzie za 70 $ (peso ) kupujemy bilet do Mendozy. Autobusy które kursują na długich trasach w Argentynie są bardzo przestronne i wygodne z pełną klimatyzacją, bardzo często w koszt biletu wliczony jest posiłek w restauracji w połowie drogi.

Drogę do Mendozy spędzam na rozmowach z Julio Peruwiańczykiem, który studiuje literaturę i podróżuje po Ameryce Południowej, zbiera materiały do swojej pracy.

 

28 styczeń

W Mendozie jesteśmy o 7.00 rano. Staramy się zebrać pożyteczne informacje o mieście liczącym bez mała 1mln 400 tys. mieszkańców. Udaje się namierzyć Hotel „Campo Base” z bardzo miła obsługą, co ważne mówiącą po angielsku! Większość klientów tego hotelu to ludzie z najróżniejszych stron świata, podróżnicy, wspinacze, jak i zwykli turyści. Należy on do sieci na które można nabyć kartę i potem korzystać ze zniżek nawet do 50 %, sieć jest w całej Ameryce Południowej.

Decydujemy się zostawić bagaże i udać się ze sprzętem do oddalonego o 120 km Vallesitos, Łodzianie spędzą tam 6 dni, Ja tylko 2 bo będę musiał wrócić do Mendozy po partnera.

Pod wieczór wynajmujemy busa i wyjeżdżamy w góry, po dotarciu okazuje się że Wojtek nie zakręcił dokładnie kurka od paliwa do gotowania i mam teraz jakieś 2 litry benzyny w plecaku. Ciężki orzech do zgryzienia bo dużo rzeczy przeszło mi zapachem, choć kilka miałem popakowane w worki. Jestem trochę zdenerwowany bo czeka mnie kilkurazowe pranie wszystkiego wraz z płukaniem.

 

29 styczeń

Początek dnia nie najlepszy, pada, moje ubrania susza się pod zadaszeniem, a Ja siedzę w namiocie. Przyjechałem do Vallesitos aby się zaaklimatyzować, więc nakładam na siebie to co mam jeszcze suche i wychodzę w góry, łodzianie szykują się także. Wychodzimy w deszczu i we mgle, mając nadzieję, że chmury osiadły nisko. Przedzieramy się do góry, na 4000 tys. m jest już dużo lepiej, przestało padać, podchodzimy jeszcze 500 metrów. Siedzimy na górze koło godziny, wracając spostrzegamy andyjskiego pasterza, który poganiał muły, jeden chciał mu uciec biegając w górę i w dół zboczy, poganiacz starając się zagonić zwierzę biegał tak szybko jak na przyśpieszonym filmie.

 

30 styczeń

 

Pobudka z nadzieją na lepszą pogodę, po wychyleniu się z namiotu entuzjazm mija, znów mgła i siąpi deszcz. No  nic ubieram się i wychodzę w góry tym razem sam. Plan jest taki aby dojść znów na 4500 metrów i trochę posiedzieć, nie ma sensu wyżej się pchać bo jutro musze już wracać do Mendozy, droga do najbliższej ulicy prowadzi przez góry i trzeba zejść do 700 metrów n.p.m., ładnych parę godzin. Przy namiotach spotykam dwójkę Słowaków którzy też chcą się dostać do Mendozy. Dzielimy się kosztami za auto 100$ na trzech. Po godz.19.00 jestem już w słonecznej Mendozie.

Miasto jest bardzo piękne. Władze miasta postanowiły, że będą nawadniały wszystkie drzewa w mieście,  które są położone w najsuchszym rejonie Argentyny a zarazem jest to najbardziej zielone miasto.

 

31 styczeń

 

Mam jeszcze jeden dzień przed przyjazdem Sławka. Poszedłem do pralni wyprać po raz enty rzeczy zalane benzyną, wyszedłem na dach Hotelu i rozbiłem namiot , który teraz dopiero zaczął schnąć po deszczu w Vallesitos. Jeszcze wyjście do miasta  i przegląd terenu jeśli chodzi o butle z gazem. Po tym wszystkim syta kolacja własnej roboty.  Jedzenie w Argentynie polecałbym kupować samemu jeśli ma się gdzie przyrządzić danie, restauracje są tanie lecz produkty są o wiele tańsze.

 

1 luty

 

Godz. 5.30 pobudka i musze odebrać Sławka z dworca. Jakimś dziwnym trafem rozmijamy się na ogromnym dworcu PKS w Mendozie. Plan B zakładał, że spotkamy się w Parku „San Martin’ gdzie wydawane są pozwolenia na wspinaczkę. Udałem się do parku i po godz. oczekiwania już razem kupowaliśmy pozwolenie.

Potem do Hotelu, zakupy jedzenia i gazu w góry. Sławek poszedł spać o 22.00 a Ja pakowałem cały sprzęt do 02.00. a tu trzeba wstać o 04.00, ponieważ autobus odchodzi o 05.00 do Punta del Inca.

 

2 luty

 

Siedzimy w zatłoczonym autobusie z tubylcami innymi turystami udającymi się w okolice Punta del Inca. Jedziemy około 4 godz. Potem odbiera nas szef firmy mularskiej, u której zamówiliśmy transport do Plaza de Argentina. Zostawiamy bagaż na muła i depozyt (niepotrzebne rzeczy które możesz zostawić w firmie na czas wyprawy).

Godz. 11.00 koniec cywilizacji stoimy u wejścia do doliny .......... czeka nas dziś długa droga w stronę bazy. Postanawiamy przejść etap 2 dniowy w jeden dzień. Ze względu na późną porę wymarszu i ciężar w plecaku musimy się sprężyć. Dochodzimy do Pampa Lenias , krótki posiłek i dalej w drogę która jest bardzo kamienista, mnóstwo piasku, który wieje prosto w twarz do tego straszne słońce.

Do Casa de Piedra naszego obozu na nocleg dochodzimy dopiero około 22.00 zmęczeni i zziębnięci rozstawiamy namiot i szykujemy cos gorącego do jedzenia.

Noc jest bardzo zimna co dziwi bo jesteśmy dopiero na 3200 m.n.p.m..

Tu spotykamy po raz pierwszy wyprawę komercyjną Ryszarda Pawłowskiego w składzie 8 osób.  

 

3 luty

 

Budzi nas piękne słońce, po wyjściu z namiotu  nie widzę nikogo, znak że dłużej niż normalnie spaliśmy. Szybka toaleta i składanie namiotu i już przeprawiamy się przez rzekę, woda zimna koszmarnie aż wykręca całe ciało o nogach nie wspomnę. Droga drugiego dnia jest bardziej interesująca, krajobraz częściej ulega zmianie, po kilku godz. marszu widać już dobrze cel naszej wspinaczki „Aconcague”. Teraz idzie mi się o wiele lepiej, góra jest naprawdę potężna, wydawałoby się że jest na wyciągnięcie ręki a Ja mam jeszcze do niej kilkadziesiąt kilometrów.

W bazie byłem po 17.00, Na platformie którą ktoś zbudował przede mną rozstawiłem namiot. Platformy są bardzo przydatne bo można się osłonic od wiatru i jest gdzie dowiązać odciągi od namiotu, bo śledzie i igły są raczej zbędne w tym rejonie Andów.

 

4 luty

 

Rano budzimy się w pięknym słońcu, decydujemy się na wyniesienie depozytu do obozu pierwszego na 5000 metrów. Zaczynamy się pakować, zabieramy zapasy jedzenia i to co przyda się nam już na górze, raki, czekan, skorupy, kilka sztuk gazu. Droga prowadzi cały czas przez morenę czoła lodowca pokrytą cienką warstwą piargów. Od czasu do czasu przechodzimy obok wytopionych w lodowcu jeziorkach, świeżo zarwanych fragmentach lodowca, trzeba uważać bo ze wszystkich stron się sypie.

Zaczynają się drobne problemy z aklimatyzacją, wysokość daje znać o sobie. Dochodzę do jedynki już z bólem głowy.

Obóz pierwszy niczym się nie wyróżnia poza kilkoma platformami na namioty. Jest mało osób chyba 3 namioty, możemy spokojnie zająć odpowiadające nam miejsce. Jest tak przyjęte że jeśli ktoś położy swój bagaż na wolnym miejscu to uważa się je za zajęte, sprzęt tak pozostawiony jest zupełnie bezpieczny, nie słyszałem o kradzieżach nawet jak pakunki leżały parę dni.

Zostajemy w dwójce koło 30 min i szybko schodzimy do bazy.

Po zejściu wszystko wraca do normy, czujemy się dobrze i sen tej nocy jest bardzo dobry.

 

5 luty

 

Chyba mamy szczęście do pogody bo kolejny słoneczny i ciepły dzień nas czeka. Ja zakładam odpoczynek w bazie, Sławek postanowił że idzie już dziś do góry  prześpi się w namiocie dwóch Polaków Pawła i Marcina, których spotkałem już na Okęciu i okazało się że idą tą samą drogą co my.

W dniu odpoczynku poznaję Frodo ( jak ten z władcy pierścienia ) dobry wspinacz, rok temu próbował południową ścianę Acocagui. musiał zrezygnować 300 metrów przed szczytem. teraz zszedł z jedynki bo ma poważne zapalenia gardła i brakuje mu leków, nie myśląc wiele oddaję mu swoją apteczkę w której mam mnóstwo leków od zapalenia gardła dzięki uprzejmości Apteki pana Ruhaja.

 

6 luty

 

Dziś czas na mnie, trzeba iść do góry. Powiedziałem że pomogę Frodo i zaniosę mu kamerę i Aparat do jedynki, bo on jest jeszcze bardzo słaby a ja czuję się wyśmienicie.

Do tego jeszcze sławek ma wrócić bez plecaka, a przy drugim transporcie użyje mojego ( zabrałem dwa ) ambitnie postanowiłem, że obrócę  tego dnia dwa razy.

Idzie mi się bardzo dobrze w jedynce nie zastałem Sławka , pomyślałem że poszedł już wyżej, schodzę coś zjeść i zrobić drugi kurs z depozytem.

Wracam i widzę Jak Frodo idzie, jest słaby i czuje się nie najlepiej, ale powinien dojść ma już za sobą połowę drogi.

W namiocie chwile odpoczywam i pakuje plecak ponownie. Idąc do góry spotykam Sławka który jest jakiś zły a ja widząc go też nie mam najlepszej miny bo Sławek zabrał swój plecak i ja zostałem z dwoma na dole ( teraz mam plecak Norwega )

Na dokładkę dowiaduję się, że połamał jeden palnik, ale nic trzeba do góry przed zmrokiem, przed jedynką doganiam jeszcze znajomego ze Skandynawii, zostawiam sprzęt i schodzę do bazy.

Wieczorem dowiadujemy się że czas dobrej pogody dobiega końca, a na jutro wieczór szykuje się poważne załamanie.

Decydujemy się wyjść jutro z rano do jedynki i tam przeczekać burzę.

 

7 luty

 

Ranek, my już się powoli pakujemy, widzę większy ruch w bazie chyba więcej osób postanawia przeczekać czas gorszej pogody w jedynce.

Idziemy obłożeni. Ja mam dwa plecaki, zajmuje nam to więcej niż normalnie, ale poszło rozstawiamy namiot przywiązujemy go dokładnie na wypadek nadchodzącej burzy.

Długo czekać nie musieliśmy po godz. 18.00 zaczęły nadciągać chmury a około 20.00 już strasznie wiało i sypało śniegiem. Noc była mało komfortowa, wiatr wybudzał co chwile, mieliśmy wrażenie że namiot chce się poderwać do lotu. Zapobiegawczo obłożyliśmy go olbrzymimi kamieniami. Ciężko jest zasnąć jak z każdej strony wiatr trzepocze ścianami namiotu tak ze własnych myśli nie słychać.

 

8 luty

Po rozsunięciu suwaków namiotu świat wyglądał inaczej ‘biało” dookoła i gdzie okiem  sięgnąć. Pocieszamy się że wiatr rozwiał już chmury i trochę się wypogadza, mamy nadzieję ze przewieje też śnieg ze stoków. Wegetujemy w namiotach i czekamy na poprawę warunków.

Tak to już jest w wysokich górach szczególnie na Aconcagui, gdzie warunki techniczne nie są trudne lecz klimatyczne bardzo ciężkie i nieprzewidywalne zarazem. Tak więc góra może pozwolić wejść nowicjuszowi tak jak potrafi zatrzymać największe  sławy światowego alpinizmu.

Uczymy się pokory i cierpliwości obcując z takimi gigantami.

 

 9 luty

 

Z takimi gigantami człowiek uczy się pokory .

 

Po burzy czekamy dzień cały na wypogodzenie, wiatr nie ustaje, może i dobrze bo przewieje śnieg z przełęczy, siedząc w namiocie czytam paragraf 22 – i poprawia  mi się humor. Po południu, postanawiam odbyć kąpiel w strumieniu na 5000 tys. metrów pomiędzy penitentami. Na początku  szok termiczny a potem ulga . Pod wieczór pogoda się ustabilizowała i można mieć nadzieje na wyjście do dwójki z depozytem.

 

10 luty

 

Dziś wychodzimy do 2 – ki,  pogoda dopisuje, trochę przeciągamy wyjście i startujemy koło 12.30... droga nie jest trudna technicznie, idzie się zakosami, najpierw długimi potem im jest bardziej stromo zakosy są krótkie i częstsze.

Dochodząc zastaje nas śnieg po kolana, a czasem po pas. Namiotów nie ma dużo więc można jeszcze wybrać miejsce pod swój domek. Zostawiamy depozyt w jednej z platform.

Teraz idę do Norwegów, którzy mają zamiar jutro atakować. Peter i Sindre siedzą leniwie w namiocie już 2 dzień mówią aby za długo nie przebywać w 2 na 6000tys, bo tylko niepotrzebnie się wypala człowiek nie regenerując się wcale.

Czekam u nich w namiocie na Sławka i Froda.

Obóz drugi  ma to do siebie ze jest w nim już cholernie zimno, wody prawie nie ma wytapiającej się z lodowca bo błyskawicznie zamarza, trzeba topić śnieg i lód.

dochodzą chłopacy, siedzimy jeszcze może około godz. i po 18.00 schodzimy do pierwszego obozu. Zejście jest bardzo szybkie i zajmuje nam 50 min. trzeba uważać bo schodzi się inna drogą bardziej stromą przez penitenty, prosto w dół.

 

11 luty

 

Robię sobie dzień testu, Sławek wychodzi do góry, ale nie dochodzi do dwójki zostawia depozyt na przełęczy i wraca po kilku godzinach. Dochodzą nas słuchy ze zostało najwyżej 2 - 3 dni możliwej pogody, wietrznej, ale bez opadów, bo nadciąga podobno załamanie pogody i front burzowy z nad Atlantyku.

Frodo ma kontakt przez tel. satelitarny ze znajomymi w Bostonie, którzy mają znajomych w US Army , tamci zaś mają najlepsze dane odnośnie pogody z każdego zakątka globu.

Czekamy na potwierdzenie do jutra rana i jak okaże się prawdziwe to wyruszany  jutro.

 

12 luty

 

cos mi się knocą dni bo mam jeden dzień do przodu!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

Szum w obozie dużo ludzi słyszało o pogorszeniu pogody które ma nadejść lada chwila.

My czekamy jeszcze na decyzję Froda i tel z Bostonu. Już wszystko wiadomo teraz albo nie wiadomo kiedy.

Szybkie pakowanie całego sprzętu, zwijanie namiotu, chłopacy chcą spać w moim namiocie, a swój zostawić w  jedynce. Jakoś poszło i już idziemy do góry pogoda zaczyna się psuć i po 2 godz. marszu idziemy w padającym śniegu i porywistym wietrze. JA idę przodem za nami Marcin i Frodo. dochodzimy koło 20.00 jest przeraźliwie zimno , są problemy z rozstawieniem namiotu, nie czujemy rąk. Namiot rozstawiony wchodzimy do środka aby się ogrzać dochodzi Frodo i siedzimy we czwórkę jak krewetki w puszce, przez 2 godz. rozgrzewamy ręce, bolą – dobry znak .

W nocy mamy wyjść na atak szczytowy,  teraz gotowanie wody i czegoś do jedzenia dalej ciśniemy się wszyscy w namiocie, bo Frodo postanowił gotować u nas zamiast u siebie choć ma namiot wolny ( trochę przesadza  Kolo ) humory nam dopisują tylko Frodo jest jakiś zdenerwowany i mówi że zamiast się śmiać powinniśmy się pakować do wyjścia.

5.30 rano wychodzimy, za nami chłopacy na lodowiec Polaków.

Ku mojemu zaskoczeniu pogoda jest dość dobra , jest ciepło i pochmurno, ale ciepło to jest najważniejsze o tej porze dnia.

Słaba widoczność daje znać na samym początku, trawers cały zasypany i nie widać drogi, błądzimy w ciemnościach, rozdzielamy się z Frodem aby szukać trawersu. Ja idę górą wchodząc pod grań na pola lodowe jest tam dość stromo i niebezpiecznie więc szybko się wycofuje w dół. Po dwóch godzinach błądzenia trafiamy na drogę. Jesteśmy mocno zmęczeni bo nikt po burzy nie przecierał, drogi śniegu jest czasami po pas. mocno zmęczeni po 4 godzinach harówki rezygnujemy. Dziś się nie uda, może jutro.

Po powrocie do namiotu czuje się całkowicie „wypompowany” śpię chyba 4 godz.   

 

12  luty c.d.

 

Gdy już  trochę doszedłem do siebie poszedłem zobaczyć jak radzą sobie chłopaki na Lodowcu Polaków. Nie wyglądało to za dobrze bo powinni byli być dużo wyżej o tej porze. Ale nic pewnie wiedzą co robią  - pomyślałem i poszedłem odpoczywać do namiotu.

Po południu gdy wyszedłem z Namiotu to zobaczyłem ich jeszcze niżej ale nadal wspinających się pod górę.

Było wiadomo, że spadli lub zeszli ( ale po co mieliby schodzić tak nisko i potem się wspinać te samą drogą )

Kilka godzin wcześniej byli w dwójce ratownicy i zabierali 4 ciała niemieckich wspinaczy którzy zginęli kilka dni temu.

Postanowiłem dogonić ratowników, aby pomogli mi wyciągnąć chłopaków z opresji. Zbiegłem 1800 metrów w dół bez odzewu u ratowników, byli za bardzo zmęczeni. Zorganizowałem jednego człowieka z radiostacją i poszliśmy znów tym razem 1800 metrów przewyższenia do obozu drugiego. Zaszliśmy chyba o 23.00 i nic nie było wiadomo o chłopakach. Zacząłem się martwić bo wiedziałem że noc na w okolicach 7000 tys. nie należy do przyjemnych szczególnie jak się niema namiotu, śpiwora ani nawet folii NRC.

Postanowiliśmy wyjść wcześnie rano na poszukiwania chłopaków, ale najpierw musieliśmy nagotować sporo wody przez noc.

 

13 luty

 

Wstaliśmy wcześnie rano 5.30 wiatr wiał bardzo mocno i nie było mowy o jakiejkolwiek akcji ratunkowej. Miałem tylko nadzieje że chłopcy nie są narażeni na wiatr, tylko mają jakieś schronienie np. szczelinę. Czekaliśmy tak do 9.30, aż przez radiostację nadał przewodnik, że jest przy dwóch Polakach i że potrzebują pomocy. Powiedział gdzie są i zostawił sprawę nam.

Argentyńczyk zszedł Do jedynki ja poszedłem do chłopaków z ciepłym piciem i czymś energetycznym. O godz. 15.30 ich znalazłem a o 18.30 byliśmy już w dwójce. Skarżyli się na odmrożenia po nocy  w szczelinie przy 40 stopniowym mrozie. Zeszli tego samego dnia do jedynki a następnego zostali przewiezieni helikopterem do Mendozy i tyle ich widziałem.

Byłem trochę zmęczony ale postanowiłem spróbować zaatakować szczyt rano.

 

14 luty

 

Wychodzę o godz. 7.00, jak wstanie słońce jest trochę cieplej, ale mniej czasu zostaje do marszu na szczyt  bo pogoda z reguły psuje się późnym popołudniem. Na początku było ciężko się zebrać w sobie ale jakoś pękło i po 3 godz. szło mi już całkiem dobrze, w połowie drogi przy independencji było już trochę gorzej. Wiatr przybrał na sile i prawie przewracał trzeba było iść mocno pochylonym do przodu.

Wszyscy mówili że trawers po independencji a przed Canaletą jest zabójczy – mieli rację.

Po dwóch godzinach miałem trawers za sobą. Pokonałem Canalette gdzie szło się dość dobrze bo było dużo dobrze zmrożonego śniegu.

O godz. 14.30 stanąłem na szczycie. Było słońce lecz od wschodu szły ciemne chmury. 15 min na szczycie i zejście już w fatalnej pogodzie. Po 2,5 godz. jestem w dwójce , pakuję namiot i schodzę do jedynki, gdzie jestem o 23.00 zmęczony jak nigdy, ale bezpieczny.

 

15 luty

 

Spałem chyba do 10.00 . Bolą mnie mięśnie i nie wiem sam co jeszcze. Po śniadaniu pakuje manele i schodzę do bazy (Plaza Argentina ). Tam rozstawiam namiot i idę na badania lekarskie. Potem odsypiam cały dzień bo jutro czeka mnie 60 km ostrego trekingu z 35-40 kg na plecach.

 

16 – 25 luty

 

Po dotarciu do Penitentes na  stopa i złapaniu autobusu do Mendozy, melduje się w Hotelu o 22.00 cały i zdrowy! Poznaje tam dwie Brazylijki Maya i Licia, które będą moimi towarzyszkami przez 8 dni podczas zwiedzania Argentyny ich własnym samochodem.

Byłem jeszcze w Cordobie  i Buenos Aires po kilka dni i zauroczyła mnie mentalność ludzi w Ameryce Południowej, która mam nadzieje będzie celem mojej podróży jeszcze nie raz.